UWAGA!

 

Wnioski wizowe należy osobiście lub za pośrednictwem osoby trzeciej złożyć w Rosyjskim Centrum Wizowym (adres: Kraków, ul. Królewska 57; Centrum Biurowe Biprostal S.A., Klatka 1 / 1st floor; strona internetowa: http://vfsglobal.com/russia/poland/ telefon+48 (12) 425 60 66)  lub osobiście w Konsulacie Generalnym Rosji w Krakowie po uprzednim zarejestrowaniu się na stronie: Zapisać się w sprawie wizy (english version). 

Konsulat Generalny jest czynny w poniedziałek, środę, piątek od 8:30 do 12:30.


Aktualności

Powrót

CO PRZESZKADZA NORMALIZACJI STOSUNKÓW ROSYJSKO-POLSKICH?

Wykład Ambasadora Rosji w Polsce

Sergeya Andreeva na Uniwersytecie

Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie

w dniu 6 marca 2017 roku

 

Szanowny Panie Rektorze,

Szanowni Państwo,

Dziękuję za zaproszenie do wystąpienia przed Państwem. Chciałbym wykorzystać tę możliwość, żeby zastanowić się nad tym, co przeszkadza naszym krajom – Rosji i Polsce w utrzymywaniu między sobą normalnych dobrosąsiedzkich stosunków.

Jak Państwu, pewnie, wiadomo obecnie stosunki te są najgorsze. Jeszcze za poprzedniego rządu na czele z partią „Platforma Obywatelska” strona polska wiosną 2014 roku zamroziła dialog polityczny z Rosją (oznacza to, że kontakty są realizowane na szczeblu nie wyższym od zastępcy ministra), poparła wprowadzenie przez Zachód sankcji antyrosyjskich (w odpowiedzi Rosja zakazała importu produkcji rolniczej z krajów stosujących wobec nas sankcje, w tym Polski). Strona polska zrezygnowała z organizacji w 2015 r. zaplanowanych Roku kultury Rosji w Polsce i Roku kultury Polski w Rosji. Powodem takich działań posłużyły powrót Krymu do Rosji oraz oskarżenia o naszą ingerencję w konflikt na południowym wschodzie Ukrainy.

W tymże czasie stały się częstsze akty wandalizmu na radzieckich cmentarzach wojskowych i wobec pomników radzieckich żołnierzy-wyzwolicieli oraz, czego wcześniej nie było, wbrew rosyjsko-polskiej umowie międzyrządowej o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji z 1994 r., na mocy decyzji władz samorządowych za aprobatą z Warszawy w narastającym tempie ruszyła likwidacja takich pomników.

Po dojściu do władzy partii „Prawo i Sprawiedliwość” polityka Polski wobec Rosji w istocie pozostaje niezmienna, ale pojawiły się pewne szczegóły: więcej uwagi zaczęto poświęcać pretensjom wobec Rosji w związku ze śledztwem w sprawie „smoleńskiej” katastrofy lotniczej, latem 2016 r. strona polska zawiesiła bezwizowy reżim małego ruchu granicznego między obwodem Kaliningradzkim i sąsiadującymi polskimi regionami, są rozpatrywane zmiany do tzw. „ustawy dekomunizacyjnej” wedle których likwidacja pomników radzieckich żołnierzy-wyzwolicieli może nabrać masowo-przymusowego charakteru.

Wymiana handlowa między Rosją a Polską w 2016 r. była ponad dwukrotnie mniejsza w porównaniu z 2013 r. Co prawda, jest to w dużej mierze skutek nie sankcji, lecz niesprzyjającej światowej koniunktury gospodarczej, spadku cen na podstawowe towary eksportowane z Rosji – nośniki energii i surowce. Odczuwalnie zmniejszyła się intensywność humanistycznych i kulturalnych relacji.

W Polsce, jak i w wielu innych zachodnich krajach toczy się permanentna „wojna informacyjna” przeciwko Rosji: codziennie słyszymy ostre negatywne wypowiedzi polskich osób oficjalnych pod adresem naszego kraju, z reguły w polskich środkach masowego przekazu ukazują się i są emitowane materiały o Rosji prawie wyłącznie o charakterze krytycznym według zasady „o Rosji albo źle, albo nic”.

Przy tym nasi polscy partnerzy nie zgadzają się z tym, że w Polsce jest rozpowszechniona rusofobia. Zwracają uwagę na to, że w Polsce dobrze się traktuje Rosjan, lubiana jest kultura rosyjska, łatwo się znajduje wspólny język
z Rosjanami, ale rzeczywiście nie lubi się państwa rosyjskiego, z powodu którego Polacy sporo nacierpieli się w przeszłości a które i teraz podobno źle się zachowuje.

Zgadzam się z tym, że w kontaktach międzyludzkich rzeczywiście z reguły nie odczuwa się wzajemnej niechęci, wrogości między Rosjanami i Polakami, nie ma wzajemnego odtrącenia na tle narodowościowym. Moi rodacy przyjeżdżając do Polski, gdy nie znają języka polskiego, nie czytają polskich dzienników i polskiego Internetu, nie oglądają polskiej telewizji, mogą spędzić tu sporo czasu, doznać masy przyjemnych wrażeń i niczego nie wiedzieć o tym, że w politycznym, medialnym, akademickim środowiskach polskich rusofobia dominuje.

Przecież to jest fakt, że żadna z większych polskich partii politycznych nie opowiada się za zmianą polityki prowadzonej wobec Rosji przez rządy poprzedni i obecny, za normalizacją stosunków z Rosją „tu i teraz”, bez warunków wstępnych. A jeżeli to jest tak, to podobno w rzeczywistości w polskim społeczeństwie nie odczuwa się potrzeby zmiany polityki wobec Rosji. Chciałbym się mylić, ale innego objaśnienia temu, co postrzegam, nie udaje mi się póki co znaleźć.

Wybitny polski filozof, historyk i publicysta prof. Bronisław Łagowski, który często pisze na temat stosunków rosyjsko-polskich, w jednym z wywiadów w październiku 2014 r. powiedział co następuje: „W polsko-rosyjskich stosunkach nie ma realnych powodów do konfliktów. Nie ma problemów terytorialnych, nie ma problemu zakręcenia kurka. W zasadzie żadnego realnego problemu, który mógłby wzbudzać wrogość. Istnieje problem polityki historycznej, bagażu historycznego, który Polacy dźwigają, a który jest antyrosyjski”.

O kwestiach naszej wspólnej historii dzisiaj nie będę dużo mówił. W styczniu ubiegłego roku już występowałem przed takim samym audytorium wykładowców i studentów w Radomiu, właśnie na temat trudnych spraw historii stosunków rosyjsko-polskich. W nim postarałem się w sposób dość rozwinięty przedstawić swoją wizję tych problemów. Wystąpienie to jest na stronie internetowej naszej Ambasady, jeżeli Państwo zechcą mogą go Państwo przeczytać.

W szczególności, zaproponowałem wówczas następujące podejście do wątków historycznych w kontekście naszych obecnych stosunków: po pierwsze, akceptacja jako danego, że mamy różne wizje naszej wspólnej historii, patrzymy na nią z różnych stron – nie należy usiłować narzucić innej stronie swoich poglądów; po drugie, są szczególnie wrażliwe tematy – na przykład, Katyń dla Polaków, wyzwolenie Polski przez Armię Czerwoną w latach 1944-1945, za które oddało swoje życie ponad 600 tys. radzieckich żołnierzy i oficerów – należy je traktować szczególnie delikatnie, żeby przez ostre wypowiedzi lub czyny nie wywołać bolesnej reakcji innej strony; po trzecie, wydarzenia przeszłości należy rozpatrywać w historycznym kontekście istniejących wówczas warunków i pojęć, lecz nie poddawać je sądom z pozycji przedstawień i moralności dnia dzisiejszego.

Niestety, obecnie nasi polscy partnerzy trzymają się wręcz przeciwnego podejścia: polska polityka historyczna wobec Rosji ma charakter konfrontacyjny, pozahistoryczny, moralizatorski, jej skrajnym przejawem jest negowanie wyzwoleńczej misji Armii Czerwonej, teoria radzieckiej okupacji Polski w okresie powojennym i tocząca się „wojna przeciwko pomnikom radzieckim”. Dochodzi do absurdalnych sytuacji: w tym roku ani polskie władze, ani czołowe media 17 stycznia w ogóle nie wspomniały o 72. rocznicy wyzwolenia stolicy kraju – Warszawy, tę datę obchodziliśmy razem z nielicznymi polskimi kombatantami
i aktywistami stowarzyszeń „Polska-Wschód” i „Polska-Rosja”; na uroczystościach memorialnych w byłym niemieckim obozie koncentracyjnym Auszchwitz-Birkenau w ostatnich latach w ogóle nie jest przyjęte mówienie o tym, kto właściwie ten obóz wyzwolił – przypominają o tym tylko przedstawiciele rosyjscy.

Ludzie, którzy prowadzą „wojnę przeciwko pomnikom radzieckim” albo nie rozumieją w jakim stopniu to rujnuje stosunki rosyjsko-polskie i ich przyszłość, albo raczej świadomie chcą zablokować perspektywy ich normalizacji, „zabetonować” je w obecnym żałosnym stanie. W 2015 r. według sondaży doszło do gwałtownego pogorszenia odbioru Polski przez Rosjan – i było to związane nie z Ukrainą, nie z sankcjami, nie z NATO, lecz właśnie z tym, jak w Polsce potraktowano 70. rocznicę Zwycięstwa nad faszyzmem oraz z „wojną przeciwko pomnikom”. Tego nie ma w żadnym innym kraju: w 2015 i 2016 rr. w całym świecie odnotowano 79 przypadków wandalizmu na radzieckich grobach wojennych i wobec pomników żołnierzy radzieckich, spośród nich 51 w Polsce, przy tym większość – właśnie na cmentarzach. W żadnym innym kraju państwo nie promuje kampanii likwidacji pomników poległych żołnierzy-wyzwolicieli, nie są łamane w taki otwarty sposób dwustronne porozumienia w dziedzinie memorialnej przy powoływaniu się na to, że przez 20 lat były interpretowane nieprawidłowo, a teraz trzeba je odczytywać inaczej.

Jesteśmy przekonani: to jest znakiem braku woli politycznej do budowania normalnych stosunków z Rosją.

Niedawno jeden z czołowych rosyjskich politologów Fedor Lukyanov w wywiadzie dla wersji polskojęzycznej rosyjskiego portalu „Sputnik” powiedział, że jeżeli historia i dalej będzie „konstrukcją nośną” polskiego podejścia do stosunków z Rosją, to te stosunki nie mają przyszłości.

Zgadzam się z tym – historię należy rzeczywiście pozostawić historykom. Przy okazji powiem, że nie podoba mi się również słynna formuła „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”: jak pokazuje praktyka po tym nieuchronnie na nowo zaczynają się wyjaśnienia kto komu i za co wybacza, a znaczy, kto wobec kogo i w czym się zawinił i tak bez końca.

Rosyjski historyk Alexey Miller bardzo słusznie zauważył, że „przeprosiny to nie droga do pojednania, lecz utrwalenie w stanie winnego”.

Zacytuję tu też prof.Łagowskiego: „Mądra postawa wobec przeszłości polega na tym, że to, co się stało, jest już nieodwracalne, i należy odpowiednio się do tego zachować”. O historii na tym kończę.

Nie chciałbym dzisiaj również wiele mówić o śledztwie w sprawie „smoleńskiej” katastrofy lotniczej – w ciągu ostatnich lat, zdaje się, udzielałem na ten temat wszelkich możliwych do pomyślenia wyjaśnień, można je znaleźć w moich wywiadach, które również są dostępne na stronie internetowej Ambasady. Powiem tylko, że w naszym przekonaniu i ta kwestia nie powinna zachmurzać naszych stosunków, w konfliktowym zaś stanie przez długie lata jest ona wyłącznie sztucznie podtrzymywana – mówił o tym na konferencji prasowej w grudniu ubiegłego roku Prezydent Rosji Vladimir Putin.

Kiedy mowa dotyczy perspektyw normalizacji relacji Rosji z Zachodem,
w tym z Polską, nasi oponenci wysuwają wobec nas pretensje i żądania związane
z Krymem i konfliktem na południowym wschodzie Ukrainy.

Wychodzimy z założenia, że te kwestie nie mają bezpośredniego odniesienia do stosunków rosyjsko-polskich, nie ma sensu je łączyć między sobą.

Na Zachodzie jest przyjęte obarczanie Rosji winą za kryzys ukraiński, a naszych oponentów dlaczegoś dziwi, że my zupełnie nie uważamy siebie za winnych i obstajemy przy tym, że Ukrainę do nieszczęścia doprowadziły własne błędy jej ówczesnego przywództwa, awanturnictwo i nieodpowiedzialność ówczesnej opozycji, która dokonała zamachu stanu oraz w ogromnej mierze błędna i nieodpowiedzialna polityka Zachodu, który w dużym stopniu sprzyjał rozpętaniu kryzysu na Ukrainie, a potem faktycznie wsparł zamach stanu.

My mamy wcale nie mniej pretensji do Zachodu w związku z kryzysem ukraińskim, lecz my z tego powodu nie zamrażaliśmy kontaktów politycznych i nie wprowadzaliśmy sankcji. Jesteśmy gotowi do normalizacji stosunków, kiedy nasi partnerzy, w tym Polska do tego dojrzeją, ale stawienie nam w związku z tym warunków jest pozbawione perspektyw: jesteśmy zainteresowani normalizacją wcale nie więcej, niż przeciwna strona, nie będziemy iść na ustępstwa kosztem własnych interesów.

O Krymie w ogóle nie ma mowy – powrócił on do rodzimej rosyjskiej przystani na zawsze. Co zaś się tyczy spełnienia mińskich porozumień – blokuje to Kijów: nie ma ani ustawy o szczególnym statusie Donbasu, ani odpowiednich zmian w Konstytucji, ani amnestii. Lepiej więc aby zachodni protektorzy władz ukraińskich wpłynęli na nie. Kiedy rosyjskiemu Ministrowi spraw zagranicznych Sergeyowi Lavrowowi na konferencji monachijskiej w lutym br. znów zaczęto mówić o sankcjach w powiązaniu z porozumieniami mińskimi, on odpowiedział: „To my nie zniesiemy sankcji wobec Unii Europejskiej, póki te porozumienia nie zostaną spełnione”.

Dzisiaj chciałbym bardziej szczegółowo odnieść się do tematyki wojny informacyjnej między Zachodem a Rosją.

Nigdy wcześniej media (w szerszym rozumieniu, włączając blogosferę i portale społecznościowe) nie odgrywały takiej roli w ludzkim życiu, w tym w stosunkach międzynarodowych. Taka jest rzeczywistość: żyjemy w społeczeństwie informacyjnym. Za pomocą celowego sterowania przekazem informację można wykorzystywać dla agresji informacyjnej, demoralizacji wewnętrznej, dyskredytacji ustroju państwowego, prowokacji konfliktów. Ponieważ na światowym „rynku informacji” Zachód zawsze dominował, swój monopol na instrumentalizację sfery informacji we własnych interesach nasi partnerzy zachodni odbierali jako coś, co jest zrozumiałe samo przez się.

Proszę sobie przypomnieć, jaką rolę czołowe media zachodnie, niby całkiem niezależne, odgrywały w szykowaniu wojennych awantur NATO w Jugosławii, Iraku, Libii, w zapewnieniu ich propagandowego zaplecza, w prowokowaniu „kolorowych” rewolucji na poradzieckim obszarze, w rozdmuchiwaniu kryzysu syryjskiego. Co się zaś tyczy wojny informacyjnej przeciwko Rosji, ona nigdy się nie skończyła, chyba że nieco zwolniła swój napęd na niedługi okres w latach 90-tych, po czym zresztą w ostatniej dekadzie rozwinęła się na niebywałą skalę.

Przy tym politolodzy odnotowują, że w toku odbywającej się rewolucji informacyjnej psychologia mas zmienia się w kierunku uproszczenia obrazu świata. Społeczeństwo, a wraz z nim i znaczna część liderów politycznych są skłonni do reagowania na ostatnie bodźce informacyjne, „stają się zakładnikami informacyjnych przeciągów i burz”, jak powiedział ktoś z otoczenia Hillary Clinton, przypominają w istocie gromadę dzieci goniących rzuconą piłkę.

I nagle w ciągu ostatnich paru lat zaczyna się prawdziwa histeria na temat „propagandy rosyjskiej”, trolli, cyberataków, hakerów itd., aż do tego, że to Rosja manipuluje społecznością zachodnią w takim stopniu, że zapewnia zwycięstwo w wyborach „swoim” kandydatom.

Jeżeli podchodzimy w sposób rozsądny do tych twierdzeń jest to absurd. Jakaż tam straszna „propaganda rosyjska”, gdzież ją Państwo widzieli? Jeden program RT oraz agencja „Sputnik”? Tak, są to nasze media państwowe, orientowane na zagranicę, pracują sprawnie i wysoce fachowo, ale, powiedzmy, w polskiej przestrzeni informacyjnej jest to kropla w morzu.

Absurdalne jest twierdzenie, że Rosja w jakiś sposób wpłynęła na wyniki wyborów prezydenckich w USA i może zrobić coś podobnego we Francji, w Niemczech czy w Polsce. Proszę mi wybaczyć, ale na poważnie pleść takie bzdury, to znaczy nie szanować ani siebie, ani tych na kogo są one obliczone.

Po pierwsze, oskarżenia tego rodzaju pod naszym adresem nie są niczym potwierdzone – we wszystkich rozreklamowanych raportach służb specjalnych i ponoć poważnych ekspertów są jedynie insynuacje.

Po drugie, walki o dostęp do obcej informacji konfidencyjnej i o ochronę własnej w cyberprzestrzeni toczone były między służbami specjalnymi różnych krajów odtąd, jak ta przestrzeń powstała, i najpotężniejszym graczem w tej dziedzinie była i pozostaje Agencja Bezpieczeństwa Narodowego – proszę sobie przypomnieć afery z ujawnieniem podsłuchiwania przez nią przywództwa wyższego szczebla europejskich państw – sojuszników USA.

Po trzecie, poszukiwanie materiałów kompromitujących swoich rywali stanowi odwieczną tradycję życia politycznego, tylko teraz, kiedy na widok publiczny wystawia się czyjeś brudne sprawki, podnoszone są krzyki, że są to „knowania Rosjan”. Jeżeli Państwo pamiętają, niedawno „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł o tym, że i za podsłuchami polskich polityków, które pomogły zwycięstwu PiS nad „Platformą Obywatelską” w 2015 r. też, jak się okazuje, stali rosyjskie służby specjalne.

Po czwarte, jeżeli się zastanowić z jakiego powodu powstała cała sprawa? Co, ujawnione przed publicznością fakty – są fałszywką, „fejkiem” wymyślonym przez Rosjan? Wtedy proszę o zdementowanie i koniec sprawy! Otóż nie – nie można zaprzeczyć tym faktom, stąd i histeria w sprawie „hakerów rosyjskich”, żeby odciągnąć uwagę od swoich niecnych interesików.

Dziwna rzecz: po zaostrzeniu kryzysu ukraińskiego Zachód groził, że srogo ukarze Rosję – podda izolacji, zrujnuje gospodarkę. Wprowadzono sankcje – prezydent Obama wkrótce ogłosił, że rosyjska gospodarka została rozerwana na strzępy, zaś Rosja jest mało znaczącym „państwem regionalnym”. Senator McCain wyjaśnił publiczności, że Rosja to tylko stacja benzynowa udająca kraj. Na międzynarodowych spotkaniach z udziałem Prezydenta Rosji pożądliwie wypatrywano oznaki tego, że on już tęskni w samotności…

I nagle wszystko się zmieniło: dopiero co Rosja była na krawędzi krachu – a teraz nagle bez złowrogich ingerencji Rosji nic się w świecie nie dzieje, „ręka Moskwy” wszędzie i do wszystkich się dociąga.

Takie przerzucanie się z jednej skrajności w drugą, w naszej wizji, zdarza się z tego powodu, że Zachód ciężko się adaptuje do zachodzących na świecie zmian, zakończenia okresu „po zimnej wojnie”, ukształtowania się wielobiegunowego świata, przesunięcia się bilansu sił i wpływów na korzyść nowych centrów („biegunów”) rozwoju światowego. Trudno się przebiega pozbycie się euforii, która ogarnęła USA i ich sojuszników po rozpadzie Związku Radzieckiego, kiedy wydawało się, że nastąpił „koniec historii”, okres wiecznej dominacji Zachodu i tryumfalnego rozpowszechniania się po całym świecie zachodniej demokracji liberalnej.

Pod wpływem tych nastrojów USA, NATO, UE narobili kupę wyraźnych błędów, przy czym nie chcieli uczyć się na własnych wpadkach i następowali na te same „grabie” znów i znów. Póki za te błędy płacili inni można było przymykać na to oczy. Otrzeźwienie nadeszło, kiedy Zachód zaczął tracić swoje pozycje w rywalizacji gospodarczej z Azją, kiedy dalekie wojny na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce odezwały się zamachami terrorystycznymi i kryzysem migracyjnym w Europie, kiedy sama treść i nastawienie projektu eurointegracyjnego okazały się pod znakiem zapytania.

Na konferencji prasowej w styczniu br. Sergey Lavrov tak opisał, to co się dzieje: „Zasadnicza rozbieżność istnieje między obiektywną tendencją kształtowania się policentrycznego światu i działaniami tych, którzy się czepiają odeszłej koncepcji jednobiegunowości, dominowania jednej grupy państw ze swoim systemem wartości; między pragmatyzmem, słusznym rozumieniem racji stanu
a mesjanizmem, dążeniem do narzucenia swoich wartości całemu światu”. Obecne zachodnie wartości to nie są wartości tradycyjne, lecz coś nowego, „postchrześcijańskie” (permisywność, absolutyzacja liberalnych podejść do życia człowieka), sprzeczne z naszym przedstawieniem. A polityka demokracji przemienia się w import migracji.

Równo 10 lat temu Prezydent Putin wystąpił ze swoim pamiętnym przemówieniem w Monachium (kto się interesuje, jej tekst w języku polskim jest na stronie internetowej naszej Ambasady), w którym ostrzegł przed zgubnymi konsekwencjami polityki Zachodu. Wówczas to wystąpienie na Zachodzie zostało odebrane jako wyzwanie, a nawet zagrożenie, chociaż jego zasadniczy sens polegał na tym, że należy współpracować przy rozwiązywaniu problemów globalnych na podstawie prawa międzynarodowego i uczciwego uwzględnienia wzajemnych interesów.

Sytuację panującą już na tegorocznej Monachijskiej Konferencji do spraw Bezpieczeństwa obserwatorzy opisali jako zakłopotanie i niezrozumienie, dokąd się zmierzać dalej. Właśnie z powodu własnego zakłopotania nasi oponenci rzucają się do oskarżania Rosji i „propagandy rosyjskiej” o własne niepowodzenia.

Jednak jeżeli nasza propaganda naprawdę jest na tyle skuteczna, jak oni twierdzą, to przyczyna wcale nie polega na jej wszechstronnym zasięgu i wszechpenetrującym charakterze, lecz na tym, że ona pokazuje stan rzeczy w taki sposób, który jest w rzeczywistości, – i zachodnia propaganda częstokroć nie ma co na to odpowiedzieć.

Wcześniej w dziedzinie tzw. „miękkiej siły” Zachód zawsze dominował, dzięki atrakcyjności stylu życia relatywnie wolnych i bogatych społeczeństw zachodnich. Ale z czasem masa krytyczna nieprawdy o Rosji zaczęła wywoływać odwrotną reakcję. Między tym, w praktyce Rosja prowadzi twardą, spokojną, rozsądną politykę, proponuje zdolne do życia i atrakcyjne dla większości krajów i narodów zasady: ochrona suwerenności narodowej, swoboda wyboru politycznego i kulturowego, tradycyjne normalne wartości w życiu społecznym i prywatnym, przeciwko narzuceniu ludziom postmodernistycznych, ultraliberalnych obyczajów i globalizacji. Rosja „stanęła na słusznej stronie historii” – i Zachód przeszedł do panicznej obrony przed „propagandą rosyjską” i „hakerami rosyjskimi”.

Co mnie szczerze dziwi i zasmuca: jak poważne, szanowane media głoszące oddanie wolności słowa posłusznie wpasują się w kampanie zastraszania własnego społeczeństwa zagrożeniem rosyjskim, mechanicznie jako coś nie poddające się wątpliwości mnożą wyraźne bzdury?

Po co są te paranoidalne obliczenia, ile czasu potrzebuje rosyjskie wojsko, żeby zająć kraje nadbałtyckie lub Polskę? Po co te lęki na temat tego, że Rosja zakręci Europie ropę naftową i gaz? Czy nie jest wstyd uczestniczyć w tym niewybrednym farsie?

Naprawdę rozsądne rozważania o relacjach Rosji z Zachodem bądź z Polską można znaleźć jedynie poza „głównym nurtem” informacyjnym.

Ten „główny nurt” nie tylko dzień w dzień przedstawia Rosję w wizerunku „imperium zła”, lecz poddaje szykanowaniu każdego, kto występuję nawet nie za normalizację stosunków z Rosją, lecz chociażby po prostu proponuje wysłuchanie jej argumentów. Takich ludzi zwyczajnie się piętnuje „agentami Kremla”, „piątą kolumną Putina”, „pożytecznymi idiotami” itd.

Jakże więc Rosji i Polsce znormalizować stosunki? Zgadzam się
z prof.Łagowskim: w tym celu żadnych przeszkód nie do pokonania między nami nie ma – oby była wola polityczna, a jej właśnie na tę chwilę po stronie polskiej brak.

Oto recepta profesora Uniwersytetu Warszawskiego Stanisława Bielenia: „Dla pojednania konieczny jest dialog, życzliwe podejście, tolerancja, normalizacja, i poza tym spokój psychologiczny. Potrzebne są po pierwsze wzajemna wstrzemięźliwość, samoograniczenie w wypowiedzeniu własnego zdania, gotowość do myślenia nie w kategoriach pretensji do siebie nawzajem, lecz obopólnej korzyści; po drugie zbliżenia na poziomie społecznym, rezygnacja z demonizacji innej strony; po trzecie ukształtowanie wspólnych interesów i wartości”.

Gotów jestem z tym wszystkim się zgodzić. Rosja jak dawniej jest gotowa do budowania normalnych, dobrosąsiedzkich, obopólnie korzystnych stosunków, na miarę możliwości bez zbędnych emocji, na zasadzie wzajemnego szacunku i uczciwego uwzględnienia swoich interesów nawzajem. Kolej na naszych polskich partnerów – wybór należy do nich.

Dziękuję za uwagę.