Aktualności

Powrót

Wystąpienie i odpowiedzi na pytania Ministra Spraw Zagranicznych Rosji Siergieja Ławrowa na Forum Niemiecko-Rosyjskim, Berlin, 14 września 2018 roku

Szanowni Państwo, Szanowni Koledzy i Koleżanki!

Dziękuję za możliwość wystąpienia przed takim zacnym audytorium. Wysoko cenimy sobie konstruktywną współpracę z Forum Niemiecko-Rosyjskim, którego działalność wnosi znaczny wkład w rozwój dwustronnej współpracy oraz w umacnianie atmosfery przyjaźni, zaufania i dobrosąsiedztwa między naszymi narodami.

Nasz dialog z przedstawicielami niemieckich kręgów społeczno-politycznych i biznesowych stał się już pewną tradycją. W lipcu zeszłego roku spotkaliśmy się w Fundacji im. Körbera. W lutym tego roku – w kuluarach Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa – z liderami biznesu Rosji i Niemiec. W dzisiejszej sytuacji w Europie, a nawet na świecie, takie dyskusje zorientowane na wzmocnienie wzajemnego zrozumienia między Rosjanami i Niemcami są szczególnie potrzebne. Świadczą one o wzajemnym zainteresowaniu wspólną konstruktywną pracą w zakresie poszukiwania optymalnych rozwiązań nagromadzonych problemów – zarówno w ramach dwustronnej, jak i międzynarodowej agendy.

Jestem przekonany, że dzisiejsze spotkanie nie będzie wyjątkiem. Jego tematem, jak powiedział przed chwilą Matthias  Platzeck, są procesy integracyjne w Wielkiej Eurazji, perspektywy utworzenia wspólnej przestrzeni gospodarczej i humanitarnej od Lizbony do Władywostoku. Trudno przecenić aktualność tych kwestii. Perspektywy połączenia potencjałów wszystkich bez wyjątku państw naszego kontynentu dla dobra jego pokojowego rozwoju i rozkwitu były przedmiotem rozważań wielu wybitnych europejskich polityków. Jak Państwu wiadomo, swego czasu prezydent Francji Charles de Gaulle wysunął ideę Europy od Atlantyku do Uralu. Znaczenie szerokiego partnerstwa z Rosją w interesach kształtowania ogólnoeuropejskiej architektury bezpieczeństwa i współpracy gospodarczej niejednokrotnie podkreślali tacy wielcy Europejczycy, jak kanclerze Helmut Kohl i Gerhard Schröder czy prezydent Jacques Chirac. Chciałbym również przypomnieć, że o naturalnym charakterze takiej ogólnokontynentalnej współpracy pisali już w latach 20. i 30. zeszłego wieku pierwsi ideolodzy integracji euroazjatyckiej – rosyjscy filozofowie, geografowie i historycy Nikołaj Trubieckoj, Piotr Sawickij, Gieorgij Wiernadskij. Potencjalną kooperację na naszym ogromnym kontynencie nazywali oni „syntezą przyrodniczą” podstaw Wschodu i Zachodu, połączeniem ich „kodów cywilizacyjnych”.

Po zakończeniu zimnej wojny zniknęły wszystkie przeszkody na drodze do wzajemnego zbliżenia Rosji i Unii Europejskiej – dwóch kluczowych graczy gospodarczych i geopolitycznych na kontynencie – na rzecz budowy Wielkiej Europy bez linii podziału. My ze swojej strony włożyliśmy maksymalne wysiłki w to, żeby partnerstwo Rosji i Unii Europejskiej stało się faktycznie partnerstwem strategicznym. Na realizację tego zadania były zorientowane nasze liczne inicjatywy – począwszy od zniesienia barier w kontaktach międzyludzkich, skończywszy na utworzeniu w perspektywie jednolitej struktury. W roku 2008 wystąpiliśmy z propozycją zawarcia traktatu o bezpieczeństwie europejskim, który z prawnego punktu widzenia byłby kodyfikacją odpowiednich zobowiązań politycznych każdego państwa dotyczących nieumacniania swojego bezpieczeństwa kosztem innych. Konsekwentna realizacja tych pomysłów mogłaby być ważną pomocą na drodze do utworzenia wspólnej przestrzeni gospodarczej i humanitarnej od Atlantyku do Pacyfiku.

Symboliczne jest to, że tutaj, w berlińskim hotelu Adlon, występując w listopadzie 2010 roku na czwartym dorocznym forum gospodarczym kierowników i wiodących managerów głównych niemieckich firm, prezydent Rosji Władimir Putin wyraził swoje przekonanie o nieuniknionym zbliżeniu Rosji i Europy jako warunku utrzymania naszej cywilizacji, osiągnięcia sukcesu i utrzymania konkurencyjności. Ta teza w naszej opinii jest nie tylko ważna, lecz dosłownie z dnia na dzień staje się coraz bardziej aktualna.

Niestety nie wszyscy w Europie są nastawieni na rozszerzenie współpracy z naszym krajem. Rozumiemy, że w tym temacie istnieją różne punkty widzenia i nie zawsze pragmatyzm bierze górę. Czasami dochodzą do głosu ciągle żywe fobie historyczne. Rosja jest prezentowana jako pewne zagrożenie dla europejskiej beztroski i stylu życia. Nie jest ona jednak żadnym zagrożeniem. Nierzadko stykamy się z próbami uczenia nas tego, jak urządzić własny dom, jak gdyby nie rozumiano, że mentorski ton w każdym dialogu, a tym bardziej w dialogu z Rosją, a także ideologizacja stosunków nie mają sensu i przynoszą odwrotny skutek.

O dzisiejszej sytuacji w naszym wielkim europejskim domu mówię z wielkim żalem. Jestem przekonany, że na podstawowym, merytorycznym poziomie Rosja i Unia Europejska muszą ze sobą współpracować. Ostatnia dekada była pod wieloma względami czasem utraconych możliwości. Podam jedynie kilka przykładów. Jak przed chwilą powiedział Matthias Platzeck, moglibyśmy znieść formalności wizowe, ale z przyczyn politycznych temat ten został sztucznie „zagmatwany” przez brukselską biurokrację. Moglibyśmy zasadniczo wzmocnić powiązania handlowo-gospodarcze, ale Bruksela zaczęła wznosić przeszkody na drodze podstawowych towarów rosyjskiego eksportu. Jedną z takich przeszkód jest „trzeci pakiet energetyczny” mający na celu, nazwijmy rzeczy po imieniu, stworzenie utrudnień dla PAO Gazprom na europejskim rynku energetycznym. Doszło do tego niezależnie od faktu, że nasz kraj od zawsze był solidnym dostawcą węglowodorów do Europy.

W ramach programu Partnerstwo Wschodnie zaczęto grać w grę o sumie nawet nie „zerowej”, lecz „ujemnej”, usiłując postawić państwa obszaru postradzieckiego przed fałszywym wyborem: „albo z nami, albo przeciw nam”. Kulminacją polityki powściągania Rosji był poparty przez szereg państw zachodnich antykonstytucyjny zamach stanu na Ukrainie. Do władzy dotarli tam radykalni nacjonaliści. Zerwali oni podpisane w lutym 2014 r. Porozumienie w sprawie uregulowania kryzysu, którego gwarantami w imieniu UE zostali Niemcy, Francja i Polska. Berlin, Warszawa i Paryż ani słowem nie zareagowały na taki stosunek puczystów do pośrednictwa europejskiego.

Zadziwiające było również to, z jakim pośpiechem w Unii Europejskiej – zgodnie z bezpośrednimi wytycznymi Waszyngtonu – postanowiono zerwać wieloletnią i sprawdzoną współpracę z Rosją i dobrowolnie zgodzono się na wielomiliardowe straty spowodowane sankcjami. To paradoks, ale Amerykanie nie ponieśli i nie ponoszą żadnych strat.

A przecież kryzysu ukraińskiego można było uniknąć. Przypomnę, że UE starała się wciągnąć Ukrainę na swoją orbitę, zawierając z nią Umowę stowarzyszeniową, która w sposób nieunikniony prowadziłaby do opuszczenia przez Ukrainę strefy wolnego handlu WNP, a w rezultacie – do zerwania współpracy Kijowa z Moskwą. Zamiast upartej kontynuacji tego destrukcyjnego scenariusza, zaproponowaliśmy, żeby ustalić zadowalające dla wszystkich trzech stron – Unii Europejskiej, Ukrainy i Rosji – parametry harmonizacji procesów integracyjnych, które uwzględniłyby zarówno normy UE, jak i istniejące już zobowiązania Kijowa w ramach WNP i stosunków dwustronnych z Moskwą. Wszystkie nasze propozycje dotyczące rozmów trójstronnych w 2013 r. i na początku 2014 r. zostały jednak bezapelacyjnie odrzucone przez Brukselę. I jeśli wyrażenie „uczyć się na własnych błędach” ma jakikolwiek sens, to w naszej opinii warto byłoby spojrzeć wstecz i wyciągnąć wnioski na przyszłość, między innymi w kontekście dyskusji o tych kwestiach, które znajdują się w agendzie naszego dzisiejszego spotkania.

À propos, musimy się pospieszyć, przecież światowy krajobraz geopolityczny dynamicznie się zmienia i staje się coraz bardziej konkurencyjny. Wzrasta potencjał nowych ośrodków mocy gospodarczej, przede wszystkim w regionie Azji i Pacyfiku. Kształtowanie się policentrycznego ładu światowego pozbawia działania stare schematy oparte na zasadzie „wiodący – prowadzony”. Poszukiwane są niestandardowe, nowatorskie pomysły.

Jeśli popatrzymy na rzeczy obiektywnie, to moim zdaniem Unia Europejska powinna poważnie ocenić to, jakie plusy dla jej własnych interesów mogłoby przynieść utworzenie zasadniczo nowego modelu współpracy gospodarczej w Eurazji opartego o wzajemnie uzupełniające się narodowe strategie wzrostu i łączenie potencjałów wielostronnych projektów gospodarczych.

My ze swojej strony przystąpiliśmy do tworzenia warunków umożliwiających działania w tym kierunku. Wspólnie z partnerami z Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EUG), która działa na zasadach WTO, utworzyliśmy jednolite rynki towarów i usług, zapewniamy warunki swobodnego przepływu kapitału i siły roboczej, a także wzmacniamy kontakty zagraniczne EUG. Działa w szczególności strefa wolnego handlu z Wietnamem, są prowadzone negocjacje w sprawie zawarcia analogicznych porozumień z Izraelem, Serbią, Singapurem i innymi krajami ASEAN. Wkrótce rozpoczną się rozmowy z Egiptem i Indiami. Podpisano tymczasowe porozumienie z Iranem. Ogółem z różnych krajów i stowarzyszeń wpłynęło około 50 propozycji nawiązania stosunków partnerskich z Unią.

Szczególne znaczenie mają rozpoczęte prace w zakresie połączenia integracji w ramach EUG z chińską inicjatywą „Jeden pas, jedna droga” (ang. One Belt, One Road, OBOR). W maju podpisano porozumienie o współpracy handlowo-gospodarczej między EUG i ChRL. W planach jest połączenie projektów infrastrukturalnych w ramach EUG i OBOR z Północną Drogą Morską. Wszystko to daje nam możliwości, żeby pójść drogą realizacji inicjatywy prezydenta Rosji Władimira Putina polegającej na budowie Wielkiego Partnerstwa Europejskiego – maksymalnie swobodnej przestrzeni dla szerokiej współpracy gospodarczej przy udziale krajów EUG, SOW i ASEAN.

Liczymy, że do tych wysiłków dołączy również Unia Europejska – wówczas idea jednolitej przestrzeni gospodarczej od Lizbony do Władywostoku zyska wymiar praktyczny.

Cenimy sobie to, że wielu niemieckich polityków wykazuje zainteresowanie taką wspólną pracą. M. Platzeck wspomniał przed chwilą, że kwestie utworzenia wspólnej przestrzeni gospodarczej od Lizbony do Władywostoku są objęte umową koalicyjną obecnego rządu RFN. Temat ten jest regularnie omawiany w toku różnych kontaktów rosyjsko-niemieckich, między innymi na wysokim szczeblu. Najważniejsze, żeby nasze zamiary przekształciły się w konkretne działania.

Wiadomo, że nie można realizować szeroko zakrojonych planów bez ogólnego uzdrowienia stosunków Rosji z Unią Europejską, które pozostają w znacznym stopniu zakładnikiem kryzysu ukraińskiego, a sam kryzys utrzymuje się w głównej mierze wskutek polityki obecnych władz kijowskich, które hamują wykonywanie porozumień mińskich będących niemającym alternatywy rozwiązaniem obecnej sytuacji w sąsiadującym z nami kraju. Wiemy, że w Europie rośnie liczba osób świadomych nieskuteczności polityki konfrontacji wobec Rosji, osób dążących do prowadzenia pragmatycznej polityki i nieżyczących sobie manipulacji wbrew ich własnym uzasadnionym interesom.

Myślę, że należy wyciągnąć właściwe wnioski i rozpocząć prace remontowe w naszym europejskim domu, aby utworzyć wspólną przestrzeń pokoju, bezpieczeństwa i współpracy gospodarczej, w której szanowane są interesy wszystkich krajów – zarówno wchodzących, jak i niewchodzących w różne związki integracyjne. Bardzo wiele będzie tu zależeć od stanu stosunków między Rosją a Niemcami – dwóch największych mocarstw europejskich. Historia zna wiele przykładów dobroczynnego wpływu konstruktywnej współpracy rosyjsko-niemieckiej na ogólną sytuację w Europie.

W związku z tym znamienny jest fakt, iż nawet w obecnych warunkach współpraca między naszymi państwami w różnych obszarach – od gospodarki do kultury – w dalszym ciągu się rozwija. Najlepszym tego przykładem jest moja wizyta w Berlinie na zaproszenie ministra spraw zagranicznych RFN Heika Maasa, połączona z ceremonią zamknięcia roku „krzyżowego” partnerstw regionalnych i municypalnych. Upatruję w tym świetną podstawę do stopniowej odbudowy wzajemnego zaufania, które jest tak niezbędne Europie i całemu światu.

Chciałbym na tym zakończyć. Jestem gotowy udzielić odpowiedzi na Państwa pytania.

Pytanie: Przed chwilą powiedział Pan, że w agendzie znajduje się „remont” naszego ogólnoeuropejskiego domu. Jakie są Pana istotne propozycje? W jaki sposób można rozpocząć ten „kapitalny remont”? Co jest jeszcze potrzebne, oprócz tych działań, jakie już dziś są podejmowane? Czego nam brakuje?

Siergiej Ławrow: Szczerze mówiąc, ja nie wiem, jakie działania „są już dziś podejmowane”. Aby rozpocząć „remont” ogólnoeuropejskiego domu, trzeba zacząć rozmawiać. Praktycznie wszystkie kanały dialogu między Rosją a Unią Europejską, między Rosją a NATO, zostały zerwane. Cała praktyczna współpraca z Paktem Północnoatlantyckim została przerwana z jego inicjatywy. Nie działa żaden z ponad 20 dialogów branżowych z Unią Europejską. Chyba się nieco pospieszyłem – są kontakty w zakresie dialogu migracyjnego, który jest tak ważny dla Niemiec i Unii Europejskiej. Wydaje mi się, że działa jeszcze jeden, może dwa dialogi. Dialog energetyczny nie został przywrócony w tej formie, w jakiej był prowadzony. Dochodzi do sporadycznych kontaktów między zastępcą Przewodniczącego Komisji UE Marošem Šefčovičem a ministrem energetyki Federacji Rosyjskiej Aleksandrem Nowakiem. Czasem spotykają się we dwóch, czasem we trzech z ministrem energetyki Ukrainy Igorem Nasalikiem, jeśli dyskusja dotyczy kwestii związanych z rolą Ukrainy we współpracy energetycznej między Federacją Rosyjską a Unią Europejską.

Nie pamiętam już, kiedy odbyła się Stała Rada Partnerstwa z Wysoką Przedstawiciel Unii do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa Federicą Mogherini, która zgodnie z obowiązującą do tej pory Umową o partnerstwie i współpracy między Rosją a Unią Europejską miała za zadanie podsumowywać wszystkie bez wyjątku kierunki współpracy między Rosją a Unią Europejską. Z Federicą Mogherini spotykamy się sporadycznie w kuluarach forów międzynarodowych, przy czym interesują ją wyłącznie kwestie międzynarodowe, przede wszystkim Syria i Ukraina. Wydaje mi się, że nie toczyliśmy żadnych innych poważnych dyskusji. Na razie nie udaje nam się natomiast usiąść i zastanowić się, w jakim punkcie znajdują się nasze stosunki z Unią Europejską. Szczyty nie są organizowane od 2013 roku, nie działa wspomniana przeze mnie Stała Rada Partnerstwa, przeważająca większość dialogów branżowych również została zamrożona.

Jeśli nie zaczniemy współpracować poprzez spotkania, dyskutując na różne tematy i omawiając wspólne problemy, nie uda nam się poprawić obecnej sytuacji. Podam bardzo dobitny przykład: do tej pory nie możemy wymieniać informacji dotyczących przemieszczania się po świecie, w tym po naszej wspólnej przestrzeni, tzw. zagranicznych terrorystów-bojowników, ponieważ Unia Europejska nie wykazuje zainteresowania zakończeniem prac mających na celu zawarcie porozumień między Federacją Rosyjską i Europolem, a także między Rosją i Eurojustem, nie podejmując żadnych działań w tym zakresie. Bez takich porozumień zgodnie z przepisami Federacji Rosyjskiej i UE nie można wymieniać się danymi osobowymi. Jest to przykład sytuacji, w której niezwykle palący problem, wspólne dla nas wszystkich wyzwanie czy zagrożenie nie stanowią przedmiotu naszej specjalnej uwagi. Trzeba usiąść i rozpocząć rozmowy. Jesteśmy na to gotowi.

Pytanie: Czy w związku z tym ma Pan jakieś szczególne oczekiwania wobec rządu RFN?

Siergiej Ławrow: Wiemy, jaką rolę Niemcy odgrywają w UE, w Europie i w globalnej polityce. Z pewnością wiele zależy od stanowiska RFN. Będziemy popierać inicjatywę Berlina, żeby bez jakichkolwiek wstępnych warunków oraz szczególnych oczekiwań na danym etapie rozpocząć rozmowę na wszystkie tematy rosyjsko-europejskie.

Pytanie: Były pewne przyczyny i problemy, których nie udało się rozwiązać, a które były spowodowane jawną nieufnością Europy Zachodniej i Niemiec w stosunku do Rosji. My naprawdę nie wiemy, jak Rosja nas traktuje. Wojna hybrydowa, cyberafery i inne głośne kwestie ‒ co się u was dzieje? Nie chcę nawet mówić o Krymie. Uważam, że potrzebne są działania, które odbudowałyby zaufanie. Jak mogą wyglądać takie działania?

Siergiej Ławrow: Szkoda, że nie chce Pan mówić o Krymie, bo według mnie ta kwestia zasługuje na dyskusję. Jestem gotowy odpowiedzieć na wszystkie pytania. Powiedział Pan, że nie ma możliwości dowiadywania się, co się dzieje w Rosji – to chyba właśnie skutek braku normalnego dialogu, który nie byłby uzależniony od przyznania się przez Rosję do wszystkich grzechów śmiertelnych, przy czym miałoby się to odbyć bez jakichkolwiek konkretnych dowodów na naszą bezprawną działalność.

Wspomniał Pan o cyberbezpieczeństwie, o ingerencji w wybory. Uważnie obserwujemy, w jaki sposób nasza polityka i nasze działania są oceniane za granicą. Śledzimy szaleństwa, które mają teraz miejsce w USA w związku z tym, że wszystkie nieszczęścia amerykańskiego systemu politycznego są rzekomo związane z rosyjską ingerencją. Prokurator specjalny Robert Mueller pracuje już od ponad roku. W Kongresie Stanów Zjednoczonych przesłuchano już setki ludzi, FBI prowadzi śledztwo. Przy takiej liczbie przesłuchanych podejrzanych i świadków bardzo trudno cokolwiek zataić, a system amerykański słynie z błyskawicznych przecieków. Nie podano jednak żadnego konkretnego faktu, oprócz gołosłownych zarzutów o to, że ktoś z Petersburga włamał się na stronę tej czy innej instytucji państwowej Stanów Zjednoczonych.

Rozpoczął się skandal wokół Paula Manaforta pracującego w sztabie wyborczym prezydenta USA Donalda Trumpa. Oskarżono go jako niemalże kluczowego organizatora zmowy między Donaldem Trumpem a Federacją Rosyjską. Rozpoczął się proces sądowy, a wszystkie zarzuty, oprócz jednego czy dwóch, zostały oddalone. Żaden z nich nie był związany z Rosją. Główny zarzut polegający na tym, że Manafort wykonywał funkcje niezarejestrowanego zagranicznego agenta wynikał z jego pracy dla rządu ukraińskiego. Jednak o tym nikt nie mówi. W mediach pojawiła się może jedyna wzmianka, to wszystko.

Proponujemy stronie amerykańskiej wznowienie prac dwustronnej grupy ds. cyberbezpieczeństwa. Taka grupa istniała w roku 2013, ale przestała działać po tym, jak Amerykanie po popartym przez nich zamachu stanu na Ukrainie zerwali wiele kanałów komunikacji. W zeszłym roku próbowaliśmy wznowić ten proces. W marcu tego roku w Genewie zaplanowano merytoryczne spotkanie przy udziale międzyresortowych delegacji, przedstawicieli resortów dyplomatycznych, służb bezpieczeństwa i wywiadu z obu stron. Nasza delegacja przyjechała do Genewy, gdzie miało się odbyć spotkanie, tylko po to, żeby na lotnisku usłyszeć informację o tym, że Amerykanie zrezygnowali z jej przeprowadzenia. Znów ktoś gdzieś powiedział, że pojawił się wirus NotPetya, więc zawrócili i wyjechali. Latem tego roku na wydarzeniach OBWE amerykańscy eksperci podchodzili do nas z prośbą o wznowienie kontaktów. Zgodziliśmy się, ale na razie żadne kontakty się nie odbywają.

Na spotkaniu prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina i prezydenta USA Donalda Trumpa w Helsinkach ponownie podnieśliśmy ten temat. Prezydent USA Donald Trump powiedział, że jest to właściwe podejście. Taką samą rozmowę odbyliśmy rok wcześniej, „w kuluarach” szczytu G20, gdzie również umówiliśmy się co do wznowienia prac w zakresie cyberbezpieczeństwa. Ale w Administracji Donalda Trumpa i w odpowiednich resortach odpowiedzialnych za daną sferę inicjatywa ta nie znalazła poparcia. Co więcej, w Kongresie USA prezydenta Donalda Trumpa oskarżono o to, że jest gotowy rozmawiać z Rosjanami na temat będący dowodem brzemiennej w skutki ingerencji Rosji w sprawy amerykańskie. Jeśli będziemy podchodzić do tej sprawy w podobny sposób, daleko nie zajdziemy.

 Podobną sytuację można zauważyć w naszych stosunkach z Niemcami. W marcu tego roku wyznaczono pierwsze spotkanie Grupy Roboczej ds. cyberbezpieczeństwa, które zostało odłożone na prośbę strony niemieckiej.

Powiedział Pan, że przyczyną braku normalnego dialogu jest nieufność wobec Rosji. Ale bez dialogu nie uda się Państwu rozwiać wątpliwości i odbudować zaufania. Wspomniałem dzisiaj o zamachu stanu na Ukrainie w lutym 2014 roku, kiedy to w wyniku pośrednictwa UE zawarto porozumienie między ówczesnym prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem a opozycją, między innymi tą, która obecnie kieruje Ukrainą. Porozumienie zostało poświadczone przez Niemcy, Francję i Polskę, które wystąpiły w charakterze gwarantów jego wykonania. Następnego dnia po jego podpisaniu porozumienie zostało rozerwane, doszło do zamachu stanu, a zamiast utworzenia rządu jedności narodowej, zgodnie z punktem 1 porozumienia, puczyści ogłosili utworzenie Rządu Zwycięzców. To nieco inna psychologia. Nie wydaje mi się, żeby rosyjskojęzyczna ludność Ukrainy była zadowolona z pierwszego aktu nowych władz kijowskich. Było to bowiem zniesienie ustawy gwarantującej prawa języka rosyjskiego i innych mniejszości narodowych. Dzień po puczu jeden z liderów radykalistów, Dmitrij Jarosz, który stanął na czele ekstremistycznej neonazistowskiej organizacji Prawy Sektor, publicznie zagroził wszystkim Rosjanom na Krymie, że zacznie ich stamtąd wyganiać, ponieważ Rosjanin nigdy nie zrozumie Ukraińca i nie będzie czcić ukraińskich bohaterów (miał na myśli Romana Szuchewycza, Stepana Banderę i innych nazistowskich popleczników). Dlatego też Rosjanie powinni zostać wypędzeni z Krymu. Myślę, że ten sygnał otrzymany przez mieszkańców Krymu odegrał niemałą rolę w podjętych przez nich później działaniach związanych z organizacją referendum. Ponadto po tych groźbach wysłano na Krym bojowników w tak zwanych „pociągach przyjaźni”, a następnie podjęto próby zajęcia Rady Najwyższej Krymu.

Mówiąc o zaufaniu, zwróciliśmy się do naszych niemieckich i francuskich kolegów, żeby zapytać, jaki jest ich stosunek do tego, że ich umocowane na papierze pośrednictwo zostało zignorowane. Co więcej, opozycja postąpiła dokładnie odwrotnie względem tego, pod czym się podpisała. Ani Berlin, ani Paryż nie udzieliły nam odpowiedzi na to pytanie. Nawiasem mówiąc, za podpisaniem tego Porozumienia w lutym 2014 r. opowiedział się prezydent USA Barack Obama, który specjalnie zadzwonił do prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina z prośbą, żeby nie nastawiać prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza przeciwko podpisaniu takiego dokumentu. Nie nastawialiśmy go przeciwko, mówiąc, że będziemy tylko popierać podpisanie porozumienia między władzą a opozycją. Po tym, co się stało później, prezydent USA Barack Obama nie próbował nawet wyjaśnić, dlaczego Stany Zjednoczone, które gorąco popierały podpisanie Porozumienia, nie tylko pogodziły się z jego zerwaniem, lecz nawet niezwykle aktywnie wspierały władze, które doszły do władzy w Kijowie w wyniku zbrojnego zamachu państwowego. Jako że to wszystko jest związane z Krymem, pomyślmy, co zrobić, żeby nie koncentrować się na tych czy innych ocenach wydarzeń, lecz zastanowić się nad ich przyczyną. Nie chodzi o to, żeby stawiać sobie nawzajem zarzuty, lecz żeby uczyć się na błędach i wyciągać odpowiednie wnioski. Gorąco to popieramy.

Przejdźmy do wojen hybrydowych. Sytuację mającą miejsce na Zachodzie, gdzie kształtowana jest polityka wobec Rosji, można z całym przekonaniem nazwać wojną hybrydową. Są bezpośrednie działania wojenne, kiedy to na naszych granicach wbrew danym nam zapewnieniom rozszerzana jest obecność infrastruktury wojskowej NATO, lokowane są nowe jednostki bojowe i systemy uderzeniowe. W prasie Rosja jest szkalowana z dowolnej przyczyny, a organizacje pozarządowe działające w Federacji Rosyjskiej i w innych krajach są aktywnie wykorzystywane w celu ingerencji w nasze sprawy wewnętrzne. Istnieją dziesiątki organizacji pozarządowych, które pracują w Rosji i otrzymują zagraniczne granty. Nie zabraniamy im pracy, ale prosimy, żeby osoby pracujące za zagraniczne środki zgłaszały swoją działalność i rejestrowały się w charakterze zagranicznych agentów. To samo robią Amerykanie.

Jeśli chodzi o ingerencję w sprawy wewnętrzne i wojny hybrydowe, latem 2015 r. w Stanach Zjednoczonych przyjęto ustawę o wspieraniu stabilności i demokracji na Ukrainie, której częścią jest zobowiązanie Departamentu Stanu do promowania demokracji w Rosji zarówno bezpośrednio, jak i poprzez organizacje pozarządowe. Na te cele USA wydaje 20 mln dolarów rocznie. Zostało to umocowane w ustawie, która nie jest żadnym tajnym dokumentem. Wyobrażam sobie, jaka byłaby reakcja i histeria za oceanem, gdyby rosyjski parlament uchwalił coś podobnego w stosunku do amerykańskich organizacji społecznych.

Porównujmy wszystko i powstrzymajmy się od stwierdzeń, że nasz styl życia i podejście do spraw międzynarodowych są jedynymi właściwymi. Wyłącznie kompromisy pomogą nam znaleźć rozwiązanie na wszystkie najbardziej palące problemy, ale potrzebny jest do tego dialog. Cieszę się, że próbujemy go dzisiaj nawiązać.

Pytanie: Wykorzystał Pan tę kwestię, żeby powrócić do tematu Ukrainy i nierozwiązanego konfliktu w Donbasie. Tam również obserwuje się duży problem humanitarny. Rozwiązanie tego problemu zostało zapisane czarno na białym, ale nie jest realizowane, a sytuacja tylko się komplikuje. Powiedział Pan o uchybieniach Ukrainy w tym kontekście. Jakie jest podejście Rosji do zapewnienia pokoju w tym kraju i regionie?

Siergiej Ławrow: Wiem, jakie jest podejście Rosji, ale nie jest to podejście nowe, a jego nazwa brzmi Porozumienia Mińskie – dokument będący wynikiem 17‑godzinnych nieprzerwanych negocjacji z udziałem prezydentów Rosji, Francji, Ukrainy, kanclerz Niemiec, jednogłośnie zatwierdzony w rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Spora część tego dokumentu jest faktycznie poświęcona kwestiom, od których zależy sytuacja mieszkańców i rozwiązanie problemów humanitarnych, a zwłaszcza zobowiązanie władz kijowskich do przywrócenia relacji gospodarczych i usług bankowych, od których odcięto mieszkańców Donbasu. Jednak zamiast tego, jak Państwo wiedzą (mam nadzieję, że obserwują Państwo, co dzieje się na Ukrainie), Kijów już dość dawno temu ogłosił całkowitą blokadę gospodarczą, handlową i transportową tego terenu. W większości przypadków odmawia się wydania przepustek pozwalających na przejście linii demarkacyjnej. Emerytury są wypłacane „od biedy”. Jeśli chodzi o usługi bankowe, w ramach „formatu normandzkiego” liderzy Niemiec i Francji zobowiązali się do uruchomienia mobilnych usług bankowych, ale na razie im się to nie udało.

Już od wielu lat rząd ukraiński nie współpracuje ani z Berlinem, ani z Paryżem, aby rozwiązywać problemy zwykłych ludzi, którzy znaleźli się w strefie konfliktu. Jak Państwo wiedzą, toczy się tam operacja zjednoczonych sił, przy czym na swoim terytorium prowadzą ją Siły Zbrojne Ukrainy. Wcześniej była to operacja antyterrorystyczna. Ludzi, którzy odmówili uznania zamachu stanu, nazwano terrorystami. Ale jeśli przypomną sobie Państwo fakty, zrozumieją Państwo wówczas, że ci ludzie na nikogo nie napadali. Kiedy doszło do puczu, kiedy zobaczyli oni wytyczne polityczne i filozoficzne nowej władzy, przede wszystkim o charakterze antyrosyjskim – skierowane przeciwko językowi rosyjskiemu, rosyjskiej kulturze, Cerkwi, poprosili, żeby zostawiono ich w spokoju, mówiąc, że chcą zrozumieć, co się dzieje w Kijowie, a na razie będą żyć na własną rękę. Przecież na nikogo nie napadali. To na nich napadnięto, ogłaszając, że są terrorystami.

Jest to niewielki fragment tego, co można przypomnieć i o czym można dyskutować w odniesieniu do genezy kryzysu ukraińskiego. Jednak najważniejsze są Porozumienia Mińskie. Trzeba je wykonywać z pełnym poszanowaniem ich kluczowych punktów: w wielu miejscach tego niewielkiego dokumentu jest mowa o konieczności nie tylko konsultowania przez Kijów wszystkich kluczowych kwestii z Donieckiem i Ługańskiem, lecz również ustalania ich razem z nimi, łącznie z reformą konstytucyjną, szczególnym statusem Donbasu, amnestią czy przeprowadzeniem wyborów. Kijów nie ma zamiaru wykonywać tych warunków. Tworząc sztuczne napięcia na linii styku, oszukuje swoich partnerów z „formatu normandzkiego” co najmniej pod tym względem, że nie godzi się na wycofanie sił i środków z jednej z miejscowości (w znanej już wszystkim Stanicy Ługańskiej), a do dwóch innych miejscowości, w których tego dokonano, wojskowi ukraińscy podstępem wrócili. Jest tego świadoma misja monitoringowa OBWE, pisząc o tym w swoich raportach. To, oczywiście, godny potępienia przykład unikania przez Kijów umocowania na piśmie tzw. „formuły Franka‑Waltera Steinmeiera”, Państwa szanownego prezydenta, a mojego kolegi, który pracował wówczas na stanowisku ministra spraw zagranicznych.

W październiku 2015 r. w Paryżu, kiedy to liderzy krajów „normandzkiej czwórki” dyskutowali o tym, jak przeprowadzić wybory – ponieważ w Porozumieniach Mińskich ustalono, że najpierw powinna zostać przyjęta i wejść w życie ustawa o szczególnym statusie tych terytoriów (ustawa jest gotowa, jej treść została ustalona, lecz nie weszła jeszcze w życie) – prezydent P. A. Poroszenko zapytał, jak może wprowadzić ustawę o szczególnym statusie, jeśli nie wie, kto zostanie wybrany na tych wyborach. Podtekst był następujący: jeśli wybrani zostaną odpowiedni ludzie, być może specjalny status nie będzie potrzebny. Dlatego też Poroszenko powiedział: najpierw wybory, a później status. Wówczas Frank‑Walter Steinmeier, ówczesny minister spraw zagranicznych, zaproponował kompromis: ustawa wstępnie wejdzie w życie w dniu wyborów po zamknięciu okręgów wyborczych, a ostatecznie ‒ w dniu, w którym OBWE rozpowszechni swój raport końcowy z obserwacji wyborów. Zazwyczaj trwa to kilka miesięcy. Wszyscy się zgodzili i propozycję tę zaczęto nazywać „formułą Franka‑Waltera Steinmeiera”. Kiedy po roku, w październiku 2016 roku, liderzy normandzcy zebrali się w Berlinie, prezydent Rosji Władimir Putin przypomniał swoim kolegom, że porozumienie paryskie zostało osiągnięte, ale ekspertom i ministrom spraw zagranicznych ani w „formacie normandzkim”, ani w Grupie Kontaktowej, nie udało się go spisać, podpisać i działać dalej, ponieważ sprzeciwia się temu rząd ukraiński, prezydent Piotr Poroszenko powiedział, że „formuła Franka‑Waltera Steinmeiera” zakłada, iż ustawa ostatecznie wejdzie w życie w dniu opublikowania raportu końcowego OBWE z obserwacji wyborów, ale co będzie, jeśli z raportu wyniknie, że wybory były nieuczciwe i niesprawiedliwe? Argument ten został podniesiony dopiero po roku. Prezydent Rosji Władimir Putin odpowiedział od razu, że o to właśnie chodziło i zaproponował, żeby wprowadzono następujący zapis: ustawa ostatecznie wejdzie w życie w dniu opublikowania raportu OBWE, jeśli w raporcie wybory zostaną uznane za wolne i sprawiedliwe.

Było to w Berlinie w październiku 2016 r., wkrótce będziemy obchodzić drugą rocznicę tego porozumienia. Rząd ukraiński kategorycznie odmawia spisania porozumienia na papierze. Przedwczoraj odbyła się kolejna rozmowa telefoniczna przedstawicieli liderów „normandzkiej czwórki” (pomocnicy rozmawiali przez telefon), a podjęta przez przedstawicieli Francji i Niemiec nowa próba umocowania „formuły Franka‑Waltera Steinmeiera” na papierze zetknęła się ze sprzeciwem przedstawiciela ukraińskiego. Na ten temat mógłbym długo mówić, przejdźmy więc do innego tematu.

À propos, jeśli chodzi o Krym, nie unikam tego pytania. W większości państw Unii Europejskiej, łącznie z Niemcami, obowiązuje dyskryminacyjna zasada nieudzielania wiz Schengen ludziom, którzy otrzymali paszport na Krymie później niż w marcu 2014 r. Biorąc pod uwagę wszystkie konwencje praw człowieka i przyjęte przez OBWE i RE zobowiązania dotyczące swobody przemieszczania się, jest to bezpośrednie naruszenie zobowiązań humanitarnych przez osoby stosujące taką dyskryminację.

Miałem okazję słyszeć pewną rozmowę dotyczącą bardzo ciekawej kwestii: jeśli założymy, że wyniki referendum na Krymie były faktycznie wyrazem woli ludności, oznacza to wówczas, że mieszkańcy Krymu, którym nie wydano wiz, są karani za przekonania polityczne. Jeśli jednak upieramy się przy „aneksji” proponowanej przez naszych zachodnich kolegów, oznacza to, że ci, którzy mieszkają na Krymie, są ludźmi cywilnymi i nie mają z tym nic do czynienia. Zostali oni „anektowani” z zewnątrz przez „agresora”, który ich „zaatakował”. Ale dlaczego muszą cierpieć? Którąkolwiek logiką byśmy się posłużyli, żadna nie tłumaczy stanowiska Europejczyków, którzy nie wydają wiz posiadaczom wydanych na Krymie paszportów. To tak à propos naszej troski o kwestie humanitarne.

Pytanie: Pana kraj prowadzi intensywną politykę militarną związaną z Syrią. W Europie i w RFN obserwowana jest migracja związana z wydarzeniami w tym kraju. Co robią Rosja i rosyjscy dyplomaci, żeby zapobiec zaostrzeniu sytuacji w Idlibie, gdzie oczekiwany jest atak z użyciem broni chemicznej? Znajduje się tam milion dzieci, trzy miliony ludzi, wśród których są bojownicy i ludzie nazywani przez nas terrorystami. Nie można z nimi walczyć za cenę wypędzenia trzech milionów osób.

Słyszymy propozycje Rosji dotyczące odbudowy Syrii, w której mogłyby wziąć udział Niemcy. Cieszy nas, że Rosja jest gotowa do pracy w tym regionie. Jak konkretnie wyobraża sobie Pan odbudowę Syrii przy udziale państw europejskich po zakończeniu procesu politycznego?

Siergiej Ławrow: Omówmy te kwestie po kolei. Nasze Siły Powietrzno-Kosmiczne pomagają rządowi syryjskiemu. Mamy kontyngent doradców „na ziemi”, który pomaga armii syryjskiej w skuteczniejszym grupowaniu sił w celu walki z terroryzmem. Sukcesy w tym obszarze są oczywiste. Przeważająca część terytorium syryjskiego została oczyszczona od ISIS, „Dżabhat an-Nusry” i tych, którzy do nich dołączyli.

W Syrii znajdują się nie tylko nasze siły zbrojne, jednostki zmilitaryzowane, doradcy wojskowi i siły specjalne. Są tam kraje, które w odróżnieniu od nas nie zostały zaproszone do SRA przez legalny rząd syryjski, a więc ich obecność w Syrii jest niezgodna z prawem. Jednak ponieważ nie kieruje nami motywacja ideologiczna, lecz pragmatyczna, rozumiemy, że jest to rzeczywistość, która powinna zmusić wszystkich zewnętrznych graczy obecnych w Syrii do porozumiewania się w interesach narodu syryjskiego, likwidacji wszystkich zagrożeń dla państwa syryjskiego i ścisłego wykonania rezolucji 2254 Rady Bezpieczeństwa ONZ, zgodnie z którą jedynie sam naród syryjski może określić przyszłość swojego kraju poprzez opracowanie konstytucji i przeprowadzenie konstytucyjnych wyborów pod nadzorem ONZ.

My, Rosja, Turcja i Iran, pracujemy w „formacie z Astany”. Całkiem niedawno odbył się szczyt. Pracujemy również kanałami dwustronnymi z Jordańczykami, Izraelczykami i Amerykanami. Wojskowych łączą linie komunikacji pomagające w zapobieganiu nieplanowanych incydentów, które są wykorzystywane, jeśli należy rozwiązać kwestie zasadnicze, a nie tylko rozważać rozwiązanie konfliktu.

Migracja to poważny problem. Zostaliśmy nim dotknięci w najmniejszym stopniu, na nieporównywalnie mniejszą skalę. Rozumiemy, że dla wielu krajów UE jest to wielki problem w kontekście społeczno-gospodarczym i światopoglądowym. Liczymy na zdrowy rozsądek Europy. Jestem przekonany, że wysiłki w zakresie poszukiwania ogólnie akceptowanych rozwiązań będą kontynuowane.

Przypomnę, że przyczyną głównej fali migracyjnej była agresja przeciwko Libii, kiedy to kraje NATO wbrew rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ bombardowały Libijską Arabską Dżamahiriję i pomagały tym, którzy zorganizowali polowanie na lidera kraju al-Kaddafiego, pomagając równocześnie w jego bestialskiej likwidacji przy pełnych zachwytu okrzykach obserwatorów, którzy patrzyli na to w trybie online na telewizorze w Białym Domie w Waszyngtonie. Wtedy właśnie nasiliła się fala migracji. Libia przekształciła się w czarną dziurę, przez którą do Afryki na południe od Sahary zaczęły płynąć strumienie terrorystów, ekstremistów i broni. W odwrotnym kierunku, na północ, do Europy, ruszyły miliony uchodźców.

Przypominam sobie przypadek, kiedy od razu po tym, jak Libię doprowadzono do stanu, w którym pozostaje do dzisiaj i nikt nie wie, jak z niego wyjść, w drugiej połowie 2011 roku, były minister spraw zagranicznych Francji Laurent Fabius zwrócił się do mnie z prośbą o wsparcie Francji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w sprawie pokonania zagrożeń, które zalały Republikę Mali. Stacjonowały tam wojska francuskie i Francja chciała uzyskać zgodę Rady na wykorzystanie tego kontyngentu w celu udaremnienia wypadów terrorystów, którzy przyjechali z Libii. Odpowiedziałem, że walka z terroryzmem jest tematem niepodlegającym dyskusji, a my jesteśmy gotowi poprzeć wszelkie rozwiązania, które będą sprzyjać tej walce. Przypomniałem mu jednak, że ci terroryści, z którymi mieli zamiar walczyć w Mali, są tymi samymi ludźmi, których zbroili w Libii, żeby obalić reżim al-Kaddafiego. Przy czym zbrojenia te odbywały się wbrew rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, która wprowadzała pełne embargo na dostawy broni do Libii. Francuscy wojskowi mówili publicznie, że pomagają opozycji wprowadzającej w Libii demokrację.

Jeśli chodzi o sytuację w Idlibie, jest to ostatnia znacząca wylęgarnia terrorystów wykorzystujących swoją ulubioną taktykę stosowania cywilów jako żywych tarcz. Przejęli oni większość opozycji zbrojnej i regularnie próbują nanosić uderzenia w jednostki armii syryjskiej i naszą bazę lotniczą Humajmim, korzystając m. in. z bezzałogowych aparatów lotniczych. Kilkadziesiąt dronów wylatuje z okolic Idlibu, raz nawet udało się im zrzucić z drona materiały wybuchowe. Od tej pory drony są przez nas likwidowane, wiemy, jak z nimi walczyć. Nieprawda więc, że w Idlibie ludzie żyją niczym w twierdzy i pragną rozejmu. Oni prowadzą aktywne działania bojowe, korzystając z tej pomocy, którą w niewyjaśniony sposób otrzymują zza granicy.

Rozmawiamy z naszymi kolegami z Turcji, którzy wiedzą, że ich terytorium jest niekiedy wykorzystywane przez złych ludzi, żeby komplikować sytuację w Syrii, podejmują więc dodatkowe czynności kontrolne na granicy. W samym Idlibie zgodnie z porozumieniem, które udało nam się osiągnąć, działa dwanaście punktów obserwacyjnych zorganizowanych przez Turcję. To nieco uspokaja sytuację. Turcja zobowiązała się do tego, żeby oddzielić tę opozycję zbrojną, która jest gotowa do dialogu z rządem, od terrorystów, żeby ci ostatni nie przeciągali na swoją stronę ugrupowań zbrojnych, które nie są terrorystami i ekstremistami.

Trzeba pamiętać, że Idlib jest jedną z czterech stref deeskalacji, które zostały utworzone w Syrii decyzją krajów wchodzących w skład „trójki” z Astany. Jedna z tych stref, południowa, została wytyczona przez Rosję razem ze Stanami Zjednoczonymi i Jordanią, a jej parametry odpowiadały Izraelowi (co było niezwykle ważne, ponieważ Izrael bał się obecności ekstremistów u swoich granic, niedaleko Wzgórz Golan). Wszystkie trzy wcześniejsze strefy są teraz zamknięte. Zostały one zlikwidowane z przyczyn politycznych, ponieważ udało się tam porozumieć w sprawie ich opuszczenia przez bojowników i oddzielenia opozycjonistów od terrorystów. Ci opozycjoniści zawarli lokalne porozumienia w sprawie rozejmu z rządem. Obecnie w tym regionie jest spokojnie, choć pozostaje tam całkowicie niezrozumiałe, utworzone przez Amerykanów w trybie jednostronnym terytorium o promieniu 55 km, położone niedaleko At-Tanfa, które Amerykanie objęli kontrolą i na którym pozostają członkowie ISIS i inni terroryści czujący się tam bezkarnie i organizujący regularne wypady, m. in. w okolice Palmiry i Aleppo.

Idlib. Trzeba rozumieć, o czym rozmawiano we wszystkich przypadkach tworzenia stref deeskalacji. Ogłasza się tam rozejm, który (co zostało wyraźnie podkreślone) nie dotyczy terrorystów. Ugrupowania opozycyjne są wzywane do oddzielenia się od terrorystów, do podjęcia kontaktu z siłami rządowymi za naszym pośrednictwem, za pośrednictwem Turcji lub Iranu i do prowadzenia rozmów o lokalnych zawieszeniach broni. Będziemy, oczywiście, robić wszystko, co robimy również teraz, w pełni uwzględniając problemy ludności cywilnej.

Oprócz wysiłków w zakresie organizacji lokalnych porozumień z tymi czy innymi ugrupowaniami znajdującymi się w strefie Idlibu, tworzony jest korytarz humanitarny dla tych, którzy chcieliby stamtąd odejść, jak robiliśmy na południu, w prowincji Homs, we Wschodniej Gucie. W następny poniedziałek odbędzie się kolejne spotkanie prezydenta Rosji Władimira Putina z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem. 7 września w Teheranie rozmawiali o możliwościach rozwiązania problemów w strefie Idlib, żeby zminimalizować ryzyko dla ludności cywilnej. Obecnie prowadzimy z Turkami rozmowy na linii dyplomatów i wojskowych. W następny poniedziałek sytuacja będzie omawiana przez prezydentów.

To, co jest obecnie przedstawiane jako rozpoczęcie ataku wojsk syryjskich wspieranych przez Rosjan, jest nierzetelnym przedstawieniem faktów. Zarówno wojska syryjskie, jak i nasze reagują wyłącznie na ataki ze strefy Idlibu. Wspomniałem już, że w okolice naszej bazy zostało wysłanych około 50 dronów. Bardzo trudno rejestrować drony za pomocą zwykłych środków obrony przeciwlotniczej, wiele z nich jest zrobionych z drewna i nie widać ich na radarach, ale mamy informacje wywiadu o tym, w jakich częściach strefy Idlibu te drony są produkowane z elementów dostarczanych przez przemytników. Jak tylko otrzymujemy takie informacje, likwidujemy te podziemne fabryki produkujące śmiertelną broń. Zapewniam Państwa, że będziemy do tych kwestii podchodzić z wielką uwagą, będziemy tworzyć korytarze humanitarne i wspierać tzw. lokalne rozejmy, żeby tylko nie ucierpiała ludność cywilna. Nie będziemy działać tak, jak działała koalicja w irackim Mosulu, w syryjskiej Rakce, kiedy to nie prowadzono żadnych negocjacji o lokalnych rozejmach z opozycją zbrojną i nie tworzono żadnych korytarzy humanitarnych. Porównywalna pod względem rozmiarów z Idlibem Rakka została zrównana z ziemią, przez wiele miesięcy zbierano tam zwłoki. Czekamy na informacje od ONZ o tym, w jaki sposób ewoluuje teraz sytuacja w Rakce, jak przebiega tam przygotowywanie warunków do powrotu ludności. Informacyjnie podam, że do Wschodniego Aleppo (przed jego wyzwoleniem również zabrzmiało sporo emocjonalnych okrzyków) i Wschodniej Guty (którą mieszkańcy opuścili przed wyzwoleniem tych obszarów od terrorystów) wracają setki tysięcy Syryjczyków.

Jeśli chodzi o broń chemiczną, powiedzieliśmy już wszystko. Codziennie prezentujemy fakty dowodzące tego, że jest przygotowywana kolejna prowokacja, która zostanie najprawdopodobniej przeprowadzona rękami tzw. „białych hełmów” – organizacji pozarządowej, którą nasi zachodni partnerzy prezentują jako wzór działalności humanitarnej. Nie wiedzieć czemu organizacja ta działa wyłącznie na terenach kontrolowanych przez ekstremistów w odróżnieniu, powiedzmy, od Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża pracującego na całym terytorium Syrii w sposób zdepolityzowany.

Kiedy ogłaszają, że syryjski rząd już wkrótce zastosuje broń chemiczną, a wtedy Francja, Wielka Brytania i USA przeprowadzą uderzenie w „reżim”, jest to w istocie zaproszenie adresowane do ekstremistów, żeby przeprowadzili kolejną inscenizację, jak we Wschodniej Gucie, prowokując uderzenie w rząd syryjski. Jest to również pewna prowokacja. Nie dostarczają nam żadnych faktów, które potwierdzałyby przygotowania rządu do podobnych działań, natomiast na te fakty, które nasi wojskowi codziennie publikują i które dotyczą przygotowań – ile beczek z chlorem zostało zawiezione, jaki materiał wybuchowy zostanie wykorzystany oraz jakie miejscowości zostaną zaatakowane – nikt nie reaguje.

Trzeba opierać się na obiektywnych faktach, jak w każdej innej sprawie, czy to w odniesieniu do historii z Salisbury czy ataku chemicznego we Wschodniej Gucie, gdzie zachodnia „trójka” uderzyła od razu po tym, jak wszyscy zobaczyli film, na którym „białe hełmy” polewają wężem chłopca. Znaleźliśmy później tego chłopca i jego ojca. Przywieźliśmy go do Hagi, gdzie opowiedział, że do pomieszczenia, w którym przebywał, wdarli się nagle jacyś ludzie w białych hełmach i zaczęli polewać go wodą z węża. My (nie Zachód) nalegaliśmy, żeby wysłano tam ekspertów z OPCW (Organizacja ds. Zakazu Broni Chemicznej). Kiedy znajdowali się oni w odległości kilku godzin jazdy od Wschodniej Guty, USA, Francja i Wielka Brytania przeprowadziły uderzenie na to miasto. OPCW na nasze żądanie miała przedstawić raport z tego, co eksperci zobaczyli na miejscu. Raportu do tej pory nie ma, a na nasze pytania sekretariat techniczny tej organizacji odpowiada, że raport już wkrótce zostanie zakończony. To wszystko wygląda bardzo źle z punktu widzenia otwartości. Wszyscy powinni walczyć z bronią chemiczną i terrorystami, a nie próbować wykorzystywać obu tych rzeczy w grach geopolitycznych.

Jeśli chodzi o to, jak wygląda odbudowa infrastruktury w Syrii, chcemy przywrócenia pokoju w Syrii i rozwiązania problemów humanitarnych oraz powrotu uchodźców, m. in. z Europy. Z Libanu zaczynają powracać tysiące ludzi, libański rząd z naszą pomocą aktywnie współpracuje z organizacjami pomagającymi im w powrocie. Nasi wojskowi przeprowadzili razem z rządem syryjskim inwentaryzację miejscowości, w których warunki pozwalają na powrót mieszkańców i odbudowę domów: jest tam woda, kanalizacja, podstawowe usługi medyczne. Rozpowszechniliśmy te informacje we wszystkich krajach przyjmujących syryjskich uchodźców, m. in. w Niemczech, z prośbą o sprawdzenie, czy wśród tych uchodźców, którzy przebywają w Państwa kraju, są mieszkańcy tych miejscowości, do których można już wracać. Poprosiliśmy o przekazanie tej informacji ludziom. Pracujemy w tej zakresie również z Urzędem Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców.

Co można jeszcze zrobić? Z pewnością można dołączyć do tych wysiłków i nie dzielić terytorium Syrii na „dobre” i „złe”. Nasi zachodni koledzy, na przykład UE i USA, mówią teraz, że będą udzielać tylko pomocy humanitarnej (a mimo wszystko nie chcą zbyt dużo przekazać rządowi), a jeśli chodzi o odbudowę infrastruktury i gospodarki, zajmą się tym dopiero po rozpoczęciu tzw. przejścia politycznego i po upewnieniu się, że idzie ono we „właściwym” kierunku. Tymczasem na terenie, który obecnie nielegalnie zajmują Stany Zjednoczone wraz z podporządkowanymi im jednostkami opozycji, przede wszystkim Kurdami, na wschodnim brzegu rzeki Eufrat, dziesiątki milionów dolarów inwestowane jest dokładnie w to, czego Zachód odmawia na drugiej części syryjskiego terytorium. Innymi słowy, tworzone są tam bardziej sprzyjające warunki dla ludności i jest to pomysł z gruntu sprzeczny z gorącymi zapewnieniami naszych zachodnich kolegów obiecujących, że będą szanować integralność terytorialną Syryjskiej Republiki Arabskiej.

Na stan kraju, m. in. na wysiłki mające na celu stworzenie warunków do powrotu uchodźców, mają wpływ również jednostronne sankcje, które UE i USA wprowadziły przeciwko rządowi syryjskiemu, gwałtownie ograniczając jego możliwości świadczenia usług medycznych i wielu innych usług niezbędnych dla zwykłych mieszkańców. Jeśli chodzi o pytanie, co jeszcze można zrobić, jest cały szereg kwestii, o których warto byłoby pomyśleć na Zachodzie.

Pytanie: Powiedział Pan, że brakuje forum dla dialogu paneuropejskiego. Rada Europy jest organizacją, która zasadniczo obejmuje cały opisany przez Pana region. Jaki wkład jest gotowa wnieść Federacja Rosyjska, żeby powrócić do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy?

Siergiej Ławrow: Pyta Pan na poważnie? To, co dzieje się teraz w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy, jedynie pogłębia problem deficytu forum. Agresywna, rusofobicznie nastawiona mniejszość robi wszystko, co w jej mocy, żeby to forum przestało być ogólnoeuropejskie, żeby zmusić wszystkich pozostałych do chodzenia na jej smyczy i żeby ukarać Federację Rosyjską. Kiedy ta mniejszość rusofobów, wiemy, jakich konkretnie deputowanych Zgromadzenia Parlamentarnego mam na myśli, podjęła bezprawne uchwały o pozbawieniu naszej delegacji prawa głosu, pokazaliśmy dobrą wolę. Proponowaliśmy, żeby dojść do porozumienia w tej sprawie, żeby wszystkie delegacje w Radzie Europy były równoprawne, co umocowano w Statucie Rady Europy, gdzie są opisywane uprawnienia Zgromadzenia Parlamentarnego. Pozbawienie dowolnej delegacji prawa głosu jest rażącym naruszeniem podstawowej zasady działania Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Kiedy do tego doszło, kilka razy wybraliśmy się na specjalnie utworzone negocjacje z kierownictwem Zgromadzenia Parlamentarnego, z sekretarzem generalnym Rady Europy Thorbjørnem Jaglandem. Spotkania te nie przyniosły żadnego rezultatu, pomimo tego, że Thorbjørn Jagland i przewodniczący Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy Michele Nicoletti robili, co w ich mocy, żeby pokonać ten kryzys. Przez półtora roku po tym, jak nasza delegacja została pozbawiona głosu, płaciliśmy składki do budżetu Rady Europy, ale uczciwie uprzedzaliśmy wszystkich, że nie może tak pozostać, ponieważ doszło do naruszenia zasady równoprawności będącej podstawową zasadą wszystkich organów Rady Europy, czy to Komitet Ministrów, Kongres Władz Lokalnych i Regionalnych, czy też Zgromadzenie Parlamentarne. Kiedy w końcu straciliśmy cierpliwość, ponieważ wszystkie wysiłki Thorbjørna Jaglanda i Michele’a Nicoletti nie przyniosły skutku, powiedzieliśmy, że od pewnego momentu nie będziemy płacić składek, ponieważ do tego czasu już ponad połowa sędziów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka była wybrana przez Zgromadzenie Parlamentarne bez udziału rosyjskiej delegacji. Następnie w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy, również bez udziału rosyjskiej delegacji, odbyły się wybory Komisarza Praw Człowieka Rady Europy, na którego została wybrana Dunja Mijatović. W przyszłym roku odbędą się wybory Sekretarza Generalnego Rady Europy. Jeśli do tego momentu dana kwestia nie zostanie rozwiązana, legitymacja wszystkich tych struktur Rady Europy będzie dla nas dość wątpliwa.

Latem tego roku w odpowiedzi na krytykę dotyczącą tego, że nie płacimy składek, więc trzeba nas wykluczyć z Rady Europy, odpowiedzieliśmy, że jak tylko wszyscy ponownie zaczną przestrzegać podstawowych zapisów Statutu Rady Europy, jak tylko nasza delegacja odzyska swoje prawa, zwrócimy Radzie Europy wszystko, co jesteśmy jej winni. Podtrzymujemy to stanowisko. To, czy zachowanie parlamentariuszy będzie konstruktywne, zależy tylko i wyłącznie od samych parlamentariuszy. Jeśli te kraje, które pragną ukarać Rosję za wszystko i wszystkich, a wiemy, które to kraje, będą manipulować całym Zgromadzeniem Parlamentarnym, z pewnością nie będzie to przynosić zaszczytu parlamentariuszom z innych krajów, którzy są zainteresowani dialogiem, nawet na najtrudniejsze tematy. Można dyskutować na różne tematy ‒ Krym, kryzys na Ukrainie, problemy migracyjne i inne. Jednak kiedy kraj, który dobrowolnie porzuca Unię Europejską, określa przy tym politykę UE w stosunku do Rosji, nie przynosi to bynajmniej zaszczytu Unii Europejskiej.